W pustyni i w puszczy, rozdział 4, str.3

26 Wywołało to powszechny wybuch śmiechu. Nel musiała pójść do namiotu, by się umyć. Wróciwszy po kwadransie czasu ujrzała Sabę z łapami założonymi na ramiona Stasia, który uginał się pod tym ciężarem. Pies przewyższał go o głowę. Nadchodził czas spoczynku, ale mała uprosiła sobie jeszcze pół godziny zabawy, by zapoznać się lepiej z nowym przyjacielem. Jakoż poznanie poszło tak łatwo, że pan Tarkowski posadził ją wkrótce po
tłumaczenie angielski damsku na jego grzbiecie i podtrzymując ją z obawy, by nie spadła, kazał Stasiowi prowadzić psa za obrożę. Ujechała tak kilkanaście kroków, po czym próbował i Staś dosiąść osobliwego wierzchowca, ale ów siadł wówczas na tylnych łapach, tak że Staś znalazł się niespodzianie na piasku koło ogona.
Dzieci miały już udać się na spoczynek, gdy z dala, na oświeconym przez księżyc rynku, ukazały się dwie białe postacie zdążające ku namiotom. Łagodny dotychczas Saba począł warczeć głucho i groźnie, tak że Chamis na rozkaz pana Rawlisona musiał go znów chwycić za obrożę, a tymczasem dwaj ludzie, przybrani w białe burnusy, stanęli przed namiotami. – A kto tam? – zapytał pan Tarkowski. – Przewodnicy wielbłądów – ozwał się jeden z przybyłych. – Ach! to Idrys i Gebhr? Czego chcecie? – Przyszliśmy spytać, czy nie będziemy potrzebni na jutro? – Nie. Jutro i pojutrze są wielkie święta, w czasie których nie godzi się nam robić wycieczek. Przyjdźcie pojutrze rano. – Dziękujemy, efendi. – A wielbłądy macie dobre? – zapytał pan Rawlison. – Bismillach! – odpowiedział Idrys – prawdziwe hegin (wierzchowe) o tłustych garbach i łagodne jak ha’-ga (owce). Inaczej Cook nie byłby nas najął. – Nie trzęsą nadto? – Można, panie, położyć garść fasoli na grzbiecie każdego z nich i żadne ziarnko nie spadnie w najszybszym biegu. – Jak przesadzać, to już po arabsku – rzekł śmiejąc się pan Tarkowski.
W pustyni i w puszczy, rozdział 4, str.3 tłumaczenie angielski fragment 20

2008-10-13 20:44:24