W pustyni i w puszczy, rozdział 34, str. 5

234 Jedyny grzbiet skalisty, który do niej prowadził, znaleźli łatwo i poczęli się nim wspinać. Po upływie półtorej godziny stanęli na szczycie. Ów las widziany z dołu był istotnie lasem, ale bananów.
Widok ich uradował nadzwyczajnie wszystkich nie wyłączając
Kinga, ale szczególnie rad był Staś, wiedział bowiem, że nie masz w
Afryce posilniejszego, zdrowszego i bardziej zapobiegającego
teksty tłumaczenia
wszelkim chorobom pokarmu jak mąka z wysuszonych bananowych
owoców. Było ich zaś tyle, że mogło starczyć choćby na rok. Wśród olbrzymich liści tych roślin ukryte były chaty murzyńskie, niektóre popalone w czasie napadu, inne zrujnowane – ale niektóre całe. W środku wznosiła się największa, należąca niegdyś do króla wioski, pięknie ulepiona z gliny, z obszernym dachem tworzącym naokół ścian rodzaj werandy.
Przed chatami leżały tu i ówdzie kości i całe kościotrupy ludzkie białe jak kreda, albowiem oczyszczone przez mrówki, o których najściu wspominał Linde. Od tego najścia
upłynęło już wiele tygodni, jednakże w chatach czuć było jeszcze
zakwas mrówczany i nie można się w nich było dopatrzyć ani
czarnych, wielkich karaluchów, które roją się zwykle w lepiankach
murzyńskich, ani pająków, ani skorpionów, ani najmniejszego
owadu. Wszystko wyprzątnęły straszliwe siafu. Można też było być pewnym, że na całym szczycie nie ma ani jednego węża, gdyż nawet boa padają ofiarą tych niepohamowanych małych wojowników. Po wprowadzeniu Nel i Mei do chaty naczelnika Staś wydał rozkaz Kalemu i Nasibu uprzątnięcia ludzkich kości. Czarni chłopcy spełnili to polecenie w ten sposób, że powrzucali je do rzeki, która poniosła je dalej. Przy tej czynności pokazało się jednak, że Linde mylił się zapowiadając, iż nie zastaną na górze ani żywego ducha. Cisza panująca po zagarnięciu ludzi przez derwiszów i widok bananów przynęciły tu spore stado szympansów, które na wyższych drzewach pourządzały sobie nawet rodząj parasoli lub daszków dla ochrony od deszczu. Staś nie chciał ich zabijać, ale postanowił je wygnać i w tym celu wystrzelił w powietrze. Wywołało to ogólny popłoch, który powiększył się jeszcze, gdy po strzale rozległo się zajadłe basowe szczekanie Saby i gdy King, podniecony hałasem, zatrąbił groźnie. Ale małpy dla wykonania rejterady nie potrzebowały szukać skalistego grzbietu i chwytając się załamów skał pospuszczały się ku rzece i rosnącym przy niej drzewom z taką szybkością, że kły Saby nie mogły żadnej dosięgnąć.

2008-10-24 10:17:48